Kiedy spytalibyście mnie o ulubione płyty ostatnich dwóch lat jednym tchem wymieniłabym pięć tytułów: Ten typ Mes – Trzeba było zostać dresiarzem, BOK – Labirynt Babel, OSTR – Podróż zwana życiem, Kękę – Takie rzeczy, Rasmentalism – Za młodzi na Heroda.
Tak, te pięć tytułów wciąż chodzi mi głowie, a najlepszy z nich dla mnie jest bez wątpienia OSTR Podróż zwana życiem. Ciekawe dlaczego, w sumie chyba wiem – zawsze miałam do niego słabostkę. Znam na pamięć takie numery jak ABC, albo Mówiłaś mi.

Jego pierwsze płyty to wielkie klasyki, a ostatnia jest dla mnie nietypowym credo, podsumowaniem jakimś dotychczasowej pracy, osiągnięć, artyzmu. Na przykład kawałek „Wampiry budzą się po 12.00. To musi być fajne życie, ale też nie oszukujmy się, bardzo trudne – w końcu im więcej życie nam oferuje, tym trudniej się odmawia, a tym samym trudniej jest dokonać słusznych wyborów.
Kiedyś nawijał coś na ten temat w kawałku po drodze do nieba. Pamiętacie? Moim ulubionym kawałkiem na płycie jest 09. Post Scriptum. To kawałek o miłości i o wierze w miłość pomimo wszystko – pomimo błędów, chorób i śmierci.
OSTR Podróż zwana życiem ciągle mnie wzrusza. Nie wiem dlaczego tak to działa, ale za każdym razem gdy słucham tej płyty jestem bardzo pozytywnie wstrząśnięta. No i jeszcze jedno – najlepszy teledysk z płyty to Rise of the sun.
